Seksualny Wrocław

Jest taki żart Daniela Tosha: „You ever have a post-shower shit? UGH! You might as well go back to bed and start your whole day over. Things are wrong. That’s not the order of events! There’s a glitch in the matrix–this world’s not real”.

Podczas wrocławskich eliminacji do Antrakt Stand-up Festiwalu usłyszałem ten żart w polskiej wersji, w wykonaniu niejakiego Krzysztofa Sawczuka, który przez cały swój set mówił głównie o sraniu i masturbacji. Do tego podciągał koszulkę, ukazując światu blady brzuch porośnięty rudawym włosiem. Wtedy mówił o paprochach w pępku oraz wyschniętej spermie na wspomnianym włosiu. Na koniec zajebał żart Danielowi Toshowi. „Sraliście kiedyś zaraz po wzięciu prysznica? Równie dobrze możecie wrócić do łóżka i zacząć cały dzień od nowa. To jest nieprawidłowa kolejność wydarzeń. Jest błąd w matrixie – ten świat nie jest prawdziwy.”

Sawczuk. Nie zapamiętujcie tego nazwiska.

Jest taki żart Dave’a Chappelle’a dotyczący pewnego poradnika pozytywnego myślenia: „I started reading the book and I read like 5 pages and shit and threw it in the trash. I was fuckin – I can’t believe they sell this shit. Do you know this bitch says the secret of life is? She said it was positive imagery! You gotta visualize things you wanna have, happening in your life, bitch that’s the secret of life to you. Its’ gotta mean more than that! Positive imagery, bitch fly to Africa and tell one of them starving children that shit”.

Podczas wrocławskich eliminacji do Antrakt Stand-up Festiwalu usłyszałem ten żart w polskiej wersji, w wykonaniu Tomka Nowaczyka, który przeszedł do finału decyzją publiczności. Nowaczyk mówi ogólnie o podręcznikach pozytywnego myślenia, Chappelle o konkretnej pozycji. Pomysł ten sam. Skoro jesteś taki mądry pozytywny myślicielu i na wszystko znasz odpowiedź, to pojedź do Afryki i powiedz głodującym dzieciom, żeby myślały pozytywnie. Nowaczyk dodatkowo poradę układa w wierszyk, ponieważ obok tego, że jest stand-uperem para się poezją. Pisze wiersze dla dzieci. Nowaczyk. Zapamiętajcie to nazwisko. Zresztą możecie znać. Lider kabaretu Czesuaf (ble!). Nie ble, że Czesuaf, tylko, że kabaret. Nowaczyk solo działa od jakiegoś czasu. Sprawny, szybki, energetyczny, dla niektórych urokliwy. Dla mnie na swój sposób też. Lubię parodiować jego sposób mówienia. Nigdy wcześniej nie odnotowałem u niego kradzieży żartów. Słyszałem tylko jak robił ten kawałek na antenie TVP2. W programie „Tylko dla dorosłych”. Darek Gadowski zwrócił moją uwagę na znaczne podobieństwo do – jak to ujmują osoby, które uczęszczały do gimnazjum – „rozkminy” Chappelle’a. Darek jest starszy. Wie i słyszał więcej. Poza tym jest większym fanem Chappelle’a. Tzn. jest w ogóle fanem Chappelle’a. Ja nie jestem. Lubię, lecz nie kocham Chappelle’a. Nowaczyk Chappelle’a pewnie gdzieś usłyszał. Następnie zapomniał. Później ten żart wrócił doń jako własny, Nowaczykowy (czekajcie na relacje z Gdańska, tam mieliśmy istną ucztę swoich-nieswoich żartów), czyli w odsłonie incydentalnej byłby to casus Robina Williamsa, przesiąkającego cudzymi pomysłami, jebanymi po części nieświadomie, z rozpędu i w znacznym natężeniu. Z drugiej strony zestawienie podręczników pozytywnego myślenia z problemem głodu w Afryce (jakim problemem?! przeciętny biały człowiek ma wyjebane) nie jest specjalnie odkrywcze. Z trzeciej strony, weź na to wpadnij. Najprostsze pomysły są najlepsze.

Zajebał czy nie zajebał, Nowaczyk miał tego dnia ewidentnie najbardziej udany występ. Nie sądziłem, że wychodzący po nim Tomek Giefert zdoła się tak dobrze odbić. Zwłaszcza że trudno było podczas wrocławskich eliminacji nawiązać kontakt z publicznością. Przeszkadzał w tym m. in. jebnięty barman, który swoim niskim, tubalnym głosem po prostu psuł imprezę. Tym samym nadpsuł ogólne, wspaniałe wrażanie wywołane niesamowitym wyglądem wrocławskiego klubu Vertigo, miejscówki o amerykańskim klimacie, idealnie nadającej się do grania stand-upu, miejscówki, w której chciałoby się grać, i grać, i grać. I grać, kurwa!

Giefert ma talent aktorski, słyszałem głosy, że za mocno, w sposób przerysowany aktorzy, ale mi się podobało. Jest przy tym spokojny, nie skacze jak pajacyk, nie ma tego scenicznego ADHD, które mnie z odbioru danej osoby z reguły bardzo szybko wyłącza. Ja lubię, kiedy jest jak w seksie. Naturalnie. Bez pośpiechu. Raz…, dwa…, trzy…, i jeb. Po pysku, z puenty. I dalej… Nie za szybko. Raz…, dwa…, trzy… A propos seksu. Chyba wszyscy tego dnia niezmordowanie pierdolili o pierdoleniu. Wracając jeszcze na moment do Gieferta. Ten chłopak wydaje się pojebany. To bardzo dobrze wróży na przyszłość. Tomek przeszedł do finału decyzją organizatorów.

Jeśli byłoby trzecie miejsce, należałoby się ono Mateuszowi Świerskiemu, który zagrał spokojnie, zagrał swoje. Zresztą Mateusz jako jeden z założycieli Stand-up Toruń ma już kilkuletnie doświadczenie. Gdyby tego dnia nie był drugi… Chociaż Gajewski w Poznaniu był drugi. Jednak poza Banasiem nikt nie miał w Poznaniu szczególnie udanego występu. We Wrocławiu na pozycjach siódmej i ósmej pojawili się natomiast Nowaczyk i Giefert, którzy ostatecznie skradli końcówkę oraz serca publiczności.

Nie udało się tego zrobić Karolowi Pietrzakowskiemu, założycielowi Stand-up Lublin. Niczym Mateusz Świerski, po którym występował – jest to chłopiec z kilkuletnim doświadczeniem. Może na tym zakończę. Nie za bardzo wiem, jak opisać set Karola. Mogę jedynie sformułować coś w rodzaju krótkiego apelu. Zrobię to w sposób, w jaki Karol zawsze pisze na FB (może do niego trafi):

KAROLU, NIE POWTARZAJ TEGO, SĄ RÓŻNE ZAJĘCIA NA TEJ PLANECIE. STAND-UP TO TYLKO JEDNO Z NICH. OSTATNIO WIDZIAŁEM WYWIAD Z TOBĄ W KURIERZE LUBELSKIM. DUŻE ZDJĘCIA, ZAMYŚLONA MINA, WYGLĄDAŁEŚ JAK PROFESJONALISTA, KTÓRYM NIGDY NIE BĘDZIESZ. KAROLU, PRZYKRO MI, NAJLEPIEJ BYŁOBY, GDYBYŚ JAK NAJSZYBCIEJ PRZESTAŁ OSZUKIWAĆ SIEBIE I RODZINĘ. PRZY TYM WIEDZ, ŻE NIE TYLKO JA TAK MYŚLĘ. PISZĘ TO W IMINIENU ŚRODOWISKA. KAROLU, ODŁÓŻ MIKROFON. NA ZAWSZE.

Karol zakończył swój występ wstrząsającą informacją, że powiedziałby coś jeszcze, ale jak zwykle zapomniał. Kurwa mać. Cały świat czekał na ten komunikat.

(Już nigdy nie zaproszą mnie do Lublina, hihi.)

Z Lublina był jeszcze Jakub Skwarek. Śmieszna istota. Mała, z dziwnym głosem. Momentami dobrymi pomysłami. Przeplatanymi chujowymi. Stylem pozbawionym ozdobników. Ogólnie nie najgorzej. Tylko, że we Wrocławiu to wszystko podlane było wyraźnym stresem.

Jakub Skwarek był przedostatni. Wieczór zakończył człowiek, który – jak mi powiedział – czasem pisze komentarze pod wpisami na tym blogu. Harry Zalewski. Pewnie zastanawia się, co o nim napiszę. Nic dobrego. Harry jest po czterdziestce. W kajecie na jego temat zanotowałem „stary i głupi”. Harry odczytywał z kartki rodzaje prezerwatyw czy przyrządów seksualnych. I coś tam, że z żoną to sprawdzali. Kurwa, ubaw po pachy. Harry miał też żart w stylu, który wprost uwielbiam. Że coś jest „do dupy”. Chodziło o anal. Taka „rozkmina”.

Na deser zostawiam Krzysztofa Kamyszka, 40-letniego aptekarza ze Świebodzina. Nazywanego czasem dla beki Chrisem Rockiem. Przez nas, reprezentantów bardzo życzliwego i ciepłego środowiska stand-upowego. Krzysztof jest wierzący. Pewnie dlatego bredził np., że gdyby leki były w kształcie chorych narządów, niczym tabletki w kształcie serca, które zobaczył w reklamie, to byłoby kiepsko z lekami na potencję, bo przecież żaden facet nie wziąłby tego do ust. Krzysztof zapomniał, że żyje na planecie, na której każdego dnia mnóstwo facetów – mówiąc po śląsku – „opierdala kolbę” mnóstwie facetów. Mężczyźni z lubością biorą fiuty do ust. Biorą je do ust, kiedy Krzysztof uprawia seks z małżonką. Mężczyźni z lubością biorą fiuty do ust nawet wtedy, gdy Chris Rock kładzie swoje świebodzińskie dzieci do łóżka. I w niedzielę. W niedzielę homoseksualiści też uprawiają seks oralny. W niedzielę, w którą Chris Rock, wraz z małżonką i dziećmi odwiedza Dom Pana całe tabuny facetów ssą penisy całym tabunom facetów.

Co tam jeszcze… Aaaaa! Krzysztof miał całkiem niezłe przyjęcie. Wyszedł po przerwie, był pewny siebie, poza tym ludzi trochę zmęczyła pierwsza połowa, w której jedynym jasnym punktem był Mateusz Świerski. Ktoś w miarę składnie mówiący o problemach tego świata, takich jak seks (kurwa!) musiał mieć entuzjastyczne reakcje. Krzysztof na YouTube takich nie ma. Tam są fragmenty, w których Chris Rock jedzie po kilka minut na ciszy. Polecam.

Krzysztof przed imprezą zapytał mnie, czy wiedziałem ostatnio Pawła Reszelę. Otóż nie widziałem. I nie chcę widzieć. Nawet ludzie, którym większość ludzi życzy śmierci życzą śmierci Reszeli. Zapamiętajcie to nazwisko. Unikajcie człowieka. Unikajcie też zjechanego w poprzednim tekście Bartosza Brzeskota, który dzwonił do Darka Gadowskiego i Antka Syrka-Dąbrowskiego i mówił, że mnie pozwie oraz zniszczy finansowo. Gdyby chodziło tylko o niego, to by przebolał, ewentualnie, jakby mnie spotkał, to by mi zajebał, gdyż nazwałem go „pajacem”. Ale ja obraziłem sponsorów. To się nie godzi. Sponsorzy dają pieniądze. Nie można ich obrażać. Kamyszek wierzy w Chrystusa. Brzeskot w pieniądze. Dla Kamyszka najgorsza forma kary to potępienie. Dla Brzeskota kłopoty finansowe. Straszny człowiek.

No i jeszcze jeden typ. Był przed przerwą. Występował pierwszy raz. O dziwo nie był zły. Nie był głupi. Miał osobowość. Nawet wyrazistą. Mówił o seksie (sic!). Zdyskwalifikowało go niestety użycie porównania, z którym już kilka razy się spotykałem. Wystąpiła w tym porównaniu Anna Grodzka. To idzie z reguły mniej więcej tak – „ma tyle wspólnego z kutasem, co Grodzka po operacji”. Grodzka powtarza się w różnych, bardzo głupich konfiguracjach semantycznych. Przeważnie użycie takiego gówna świadczy o konserwatyzmie mówiącego. Jak takie coś słyszę, to myślę: „Wypierdalaj. Do kościółka. Bezmózgu pierdolony. Kaczorze zafajdany. Korwinie zjebany. Wiplero-Kukizie chujowy”. Koleś nazywał się Krystian Wojtasik. Był gruby, miał rozpiętą koszulę i łańcuszek. Wyglądał jak biały Cygan. Wymieniony w poprzednim tekście uczestnik poznańskich eliminacji Paweł Leszek, który myśli, że wygląda jak Cygan, mógłby się od niego uczyć. Nie tylko charakteryzacji.

„Tradycyjnie” kilka słów odnośnie prowadzącego. Tym razem też dał radę. Mimo że nie byłem nim ja. Imprezę poprowadził Karol Modzelewski. Szaman (niedawno okazało się, że Modzel ma taką ksywkę wśród poznańskich znajomych) zrobił to sprawnie. Rozgrzewał publikę na tyle, na ile się dało. A, jak wspomniałem wcześniej, nie było z publiką we Wrocławiu łatwo. W Krakowie było jeszcze gorzej. Kraków był pojebany. O tym w następnym wpisie.

Tymczasem wniosek z Wrocławia – piękne miasto, wspaniałe kluby, brak stand-uperów.

PS

Byłem na Stanhopie w Londynie. Przeżycie nie do opisania. Postaram się jednak dać krótki opis na modłę wrocławską. To tak, jakby przez całe życie oglądać filmy porno i w końcu „zaruchać”.

PS 2

Kurwa. W ostatniej chwili przypomniało mi się, że we wrocławskich eliminacjach brał jeszcze udział człowiek, który się nazywa Zbychu Grabowski. Powinienem o tym wspomnieć. Zatem wspominam.

Dodaj komentarz

*